Nasze mamy i babcie przepisywały notatki przez kalkę techniczną, starsi bracia i siostry mieli już do dyspozycji ksero. My mamy internet - ale czy ucząc się, wykorzystujemy go do czegoś więcej niż szukanie opracowań?
Kalka techniczna i biblioteki
Pani Maria dwa lata temu przeszła na emeryturę. W zeszłym roku postanowiła "wrócić do szkoły" i zapisała się na kurs dający uprawnienia przewodnika miejskiego. Szybko zorientowała się, że pomoce naukowe może znaleźć nie tylko w bibliotece, ale również w internecie. Teraz nie tylko wyszukuje tam potrzebne informacje z historii sztuki czy geografii, ale również wymienia się materiałami z innymi słuchaczami i zamieszcza swoje prezentacje na stronie kursu.
- W latach 60., kiedy studiowałam, jak chciałam zrobić notatki dla więcej niż jednej osoby, pisałam przez kalkę techniczną - wspomina. - Dzisiejsi żacy mają nieporównanie łatwiej - jedno kliknięcie i już dzielą się swoją wiedzą z kilkunastoma czy nawet kilkudziesięcioma "potrzebującymi"!
Epoka ksero
Choć kserokopiarki pojawiły się w Polsce już w latach 70., te pożyteczne urządzenia na dobre zagościły na naszych uczelniach dopiero piętnaście-dwadzieścia lat później. Niewątpliwie zrewolucjonizowały proces studiowania - wcześniej, jeżeli z jakichś powodów nie mogliśmy kupić potrzebnego podręcznika, mogliśmy go co najwyżej wypożyczyć lub przepisać (tak, naprawdę były takie przypadki!). Wraz z rozpowszechnieniem się kserokopiarek zdobywanie pomocy naukowych stało się o niebo wygodniejsze, a przede wszystkim pozwoliło zaoszczędzić mnóstwo czasu i zachodu
- Mieliśmy na uniwerku pracownię komputerową, były pierwsze edytory tekstu, ale generalnie królowało kserowanie - skryptów, notatek, podręczników - opowiada Kuba, absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego z 2000 r. - Doceniam zdobycze techniki ostatnich lat, ale mimo wszystko nic nie zastąpi wspólnych wypadów naukowych nad Zegrze, podczas których dnie spędzaliśmy, ucząc się i dyskutując o przeczytanych lekturach, a noce, pijąc i znowuż dyskutując. Teraz - przez internet - mogę co najwyżej przesłać koledze wirtualnego drinka - to niewiele w porównaniu z atmosferą tamtych lat.
W sieci
Kiedy Politechnika Gdańska umożliwiła swoim wykładowcom zakładanie własnych stron na serwerze uczelni, dr hab. Władysław Tomaszewicz nie wahał się ani chwili. Nie poprzestał na pochwaleniu się swoim biogramem i zdjęciami rodziny; przede wszystkim umieścił tam wersję elektroniczną skryptu swoich wykładów - wcześniej mógł co najwyżej pożyczać go swoim studentom do skserowania. Umieszczanie konspektów z wykładów i ćwiczeń czy umożliwianie studentom kontaktu z wykładowcami przez internet to zresztą norma na jego wydziale - podobnie jak na większości polskich uczelni.
Grzesiek kilka lat temu skończył Gender Studies w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW. - To specyficzne studia - opowiada. - Większość potrzebnych materiałów albo nigdy nie została przetłumaczona na język polski, albo jest dość trudno dostępna - ukazuje się w niewielkim nakładzie i sporo kosztuje albo w niszowych pismach, które - w kilku egzemplarzach - można znaleźć w wybranych bibliotekach. - Na szczęście na genderach wykładowcy ułatwiają studentom życie, pożyczając im potrzebne materiały. A ci, zamiast kserować je w dwudziestu czy trzydziestu egzemplarzach, skanują je i wrzucają na wspólne konto Gmail.
Kilka przydatnych adresów
Rzecz jasna współcześni studenci wykorzystują internet nie tylko do dzielenia się wiedzą czy studiowania na odległość (zwanego popularnie e-learningiem), ale przede wszystkim do wyszukiwania potrzebnych im informacji. Niedawno przez łamy "Gazety Wyborczej Kraków" przetoczyła się dyskusja na temat polskiego szkolnictwa wyższego, w której niebagatelne miejsce zajął wpływ współczesnych zdobyczy techniki na jakość nauczania. "Statystyczny student nie studiuje, nie siedzi w bibliotece, nie wyszukuje wiedzy, ale po prostu kseruje notatki, ściąga opracowania z internetu i przedstawia je jako referat" - napisała dr Antonina Sebesta z Instytu Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. I wywołała burzę. Choć trudno się nie zgodzić, że wielu studentów właśnie w opisany przez nią sposób podchodzi do nauki, nie można zapominać, że niektóre zdobycze techniki po prostu ułatwiły samo studiowanie i grzechem by było nieskorzystanie z nich. Wymieńmy kilka najbardziej typowych.
Zamiast przesiadywać w tradycyjnej bibliotece, żacy mogą korzystać z bibliotek internetowych. Oczywiście ich zasoby są ograniczone, z uwagi na prawa autorskie biblioteki nie mogą zamieszczać większości pozycji wydanych w XX wieku (nie wspominając już o tych z XXI), niemniej są z roku na rok bogatsze i zazwyczaj dostępne zupełnie bezpłatnie. W tej chwili w polskim internecie takich bibliotek, mogących pochwalić się obszernymi zasobami, jest kilkanaście. Warto wymienić chociażby wciąż rozwijającą się stronę fundacji Nowoczesna Polska WolneLektury.pl, na której można nie tylko przeczytać tekst lektury, ale również wyszukać w niej potrzebne motywy czy tematy oraz posłuchać jej wersji audio, Bibliotekę Literatury Polskiej w Internecie - jeden z najstarszych i najprężniej się rozwijających projektów tego typu - oraz Polską Bibliotekę Internetową.
Dalej niż "tradycyjne" biblioteki internetowe idzie Google Books Search. To zarazem narzędzie do wyszukiwania książek w internecie - nie tylko według autorów i tytułów, ale też według wydawnictw, nazwisk, haseł, cytatów - oraz bezpłatna biblioteka cyfrowa gromadząca książki z całego świata, do których wygasły prawa autorskie. Dodatkowo istnieje możliwość płatnego korzystania z książek objętych prawami autorskimi - tych, których wydawcy weszli we współpracę z Google. Do programu przystąpiły już m.in. HarperCollins, MacMillan, Oxford University Press, Penguin, Random House, a z polskich wydawców - Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne oraz Wydawnictwo Naukowo-Techniczne.
Internet to również rozliczne słowniki - przydatne nie tylko studentom filologii, bo przecież języków (w tym polskiego!) uczymy się wszyscy. Ostatnio Gazeta.pl uruchomiła serwis Slowniki.Gazeta.pl, w którym znaleźć można zarówno słowniki obcojęzyczne, jak i języka polskiego. Z zagranicznych na pewno wart polecenia jest serwis OneLook.com, umożliwiający wyszukanie nie tylko definicji angielskich słów, ale również konteksty ich użycia, najczęstsze frazy czy słowa z nimi powiązane. Odrębna kategoria pomocy dla studiujących języki obce to translatory - takie jak Google Tłumacz czy Babel Fish.
Na zakończenie - słówko o opracowaniach. Mimo iż żak żakowi nierówny, trudno wyobrazić sobie polskiego studenta, który nigdy w życiu z żadnego gotowca nie skorzystał. Paradoksalnie, nie dorobiliśmy się jeszcze profesjonalnego, kompleksowego, a przede wszystkim wiarygodnego serwisu z opracowaniami - wzorowym przykładem tego rodzaju strony jest uruchomiony w 1999 r. przez studentów Harvardu amerykański serwis Sparknotes. Póki co lepiej więc podszkolić swój angielski czy niemiecki i korzystać z zagranicznych serwisów lub... wrócić do bardziej tradycyjnego sposobu zaliczania przedmiotów.
Ewa Piasecka
Czytaj także:












Dodaj swój komentarz: